W Wigilię każdy do żłobu się pchałby:
  w delikatesach ścisk, błoto i zaduch.
Z powodu puszki kakaowej chałwy
  organizuje oblężenie lady
tłum objuczony, grożąc samosądem:
  każdy sam sobie królem i wielbłądem.

Torby, pakunki, worki, siatki, tutki,
  czapki, krawaty, przekrzywione na bok.
Wszędzie woń dorsza, cynamonu, wódki,
  świec, mandarynek, igliwia i jabłek.
Przez chaos twarzy i śnieżną zawieję
  nie da się dojrzeć ścieżki do Betlejem.

Roznosiciele ubożuchnych darów
  śpieszą się, skaczą do tramwajów w biegu;
w wyrwy podwórek wsiąka z wolna naród,
  choć wie, że nie ma w stajence niczego:
nie ma bydlątek, żłobu, ni tej Pani,
  nad której głową nimb złoty się pali.

Pustka. Lecz sama myśl o niej sprowadza
  światełko znikąd. I światłość się jarzy.
Im potężniejsza jest Heroda władza,
  tym większa pewność, że cud się wydarzy.
W tej zależności, trwałej niewzruszenie,
  ma swój mechanizm Boże Narodzenie.

To właśnie Jego niechybne nadejście
  świętują wszyscy, zestawiając razem
stoły. Choć gwiazdy w ciemnościach nikt jeszcze
  nie wypatruje, widać już wyraźnie,
że zacność jakaś wśród ludzi rozbłyska,
  jak rozniecone pasterzy ogniska.

Sypie śnieg; twarze jak plamki w zamieci.
  Dymią fanfary kominów. Król Herod
pije, Kobiety ukrywają dzieci.
  Kto zaś nadchodzi — dowiesz się dopiero:
nikt jeszcze nie wie, i gdy to się zdarzy,
  może nie pozna nikt przybysza twarzy.

Lecz, gdy w drzwiach twoich, otwartych w połowie,
  z mgły i przeciągu, i mroku gęstego
postać wyłania się, w chuście na głowie,
  wtedy i Dziecię, i Ducha Świętego
całym swym wnętrzem otulasz jak gniazdem;
  spoglądasz w niebo — i widzisz ją: gwiazdę.

(Josif Brodski, 24 grudnia 1971)

 

„(..) poczynając od roku 1962, zwykł niemal każde Boże Narodzenie witać wierszem. W zależności od miejsca pobytu (więzienie, zesłanie, Jałta, Wenecja, Ameryka) i okoliczności powstawały utwory bardzo odmienne, choć nawiązujące do czasu Narodzenia Pańskiego.”

(Josif Brodski Wiersze bożonarodzeniowe, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006)