
Siłę nabywczą monet i banknotów poznałem w czasach tak dawnych, gdy jeszcze nie wiedziałem jaka jest różnica, między „złoty pięćdziesiąt” a „pięćdziesiąt złotych”. Wybrałem się wówczas zaopatrzony w portmonetkę pełną aluminiowych moniaków do miejscowego klubu. „Ruch” na zakupy- oficjalne, zlecone przez mamę czy też prywatne, potajemne, nie pamiętam. „Zakupy” to dużo powiedziane.
Asortyment towarów z reguły był ubogi: słone paluszki, jakieś słodycze, czasem rzucana nieregularnie, od wielkiego dzwonu, oranżada. A także nudne gazety: „Sztandar Ludu”, „Trybuna Ludu”, „Fundamenty”; zupełnie nieatrakcyjne dla kilkuletniego analfabety i kolorowe czasopisma, w tym „Sportowiec”, na którego łamach-opanowawszy już znajomość czytania ze zrozumieniem-śledziłem sukcesy polskiej reprezentacji na hiszpańskim Mundialu, miesiąc po tym, jak w klubie został kupiony pasek do pierwszokomunijnego zegarka.
Budynek klubu był obszerny, drewniany, pomalowany z zewnątrz na zielono, jego wnętrze wypełniał półmrok i zapach wypastowanego linoleum. Było to miejsce schadzek miejscowej kawalerki, ekscesów młodych motocyklistów. Krążyły legendy o tym, jak jeden ze śmiałków wjechał „Wueską” a może „Emzetką”, po drewnianych schodkach na klubową scenę. Odbywały się tu wiejskie zabawy i rytualne bójki, zebrania sprawozdawczo-obrachunkowe organizacji o tajemniczych nazwach: „SOP”, „GS”, „Spółka Wodna” a także animacje dla dzieci, zajęcia plastyczne i przedstawienia. W jednym z nich, o tematyce świąteczno-noworocznej odgrywałem rolę zająca. Spektakl odniósł sukces, bisowaliśmy kilkukrotnie a nawet odbyliśmy tournée po okolicznych, klubach Ruch, wiejskich a nawet miejskich, bo i tam kluby się mieściły. Moja żona wspomina wyprawę na sankach do jednego z nich, zlokalizowanego na radzyńskich przedmieściach. -Kozimrynku lub Nadwitniu. I tak „doświadczenie klubu” miało się stać formujące dla naszego pokolenia, podobnie jak „Piątek z Pankracym” i niedziela bez Teleranka.
O czym wówczas nie miałem pojęcia, podekscytowany wyprawą. Stanąłem na wprost ogromnej -jak mi się wówczas wydawało-półki z towarem, przed obliczem pana Feliksa, który na zmianę z żoną Tamarą pełnił funkcję sprzedawcy i managera; złożyłem zamówienie, przyszło do płacenia.
Jako że umiejętność liczenia również była mi natenczas obca wysypałem na ebonitowy blat całą zawartość portmonetki. I choć obecni na miejscu bywalcy klubu, o kilka klas starsi koledzy szkolni a nawet kilkunastoletnie wiejskie wyrostki ochoczo rzucili się do liczenia, kwota wciąż była zbyt mała. Aż wreszcie jeden z liczących odkrył w wewnętrznej kieszeni portmonetki zielony banknot z wizerunkiem Karola Świerczewskiego i triumfalnie wykrzyknął w kierunku stojącego za ladą:
-Panie kierowniku! Tu jeszcze jest pięćdziesiąt złotych!!!

CDN
